„Flintstonowie” (The Flintstones, reż. Brian Levant, 1994) to film, który przenosi kultową kreskówkę Hanna-Barbery na duży ekran z rozmachu godnym... epoki kamienia łupanego. W wersji aktorskiej przygody Freda, Wilmy, Barneya i Betty zyskały nie tylko żywych bohaterów, ale też scenografię i kostiumy, które z prehistorycznego świata robią prawdziwą komediową scenę retro-futurystycznego absurdu.
![]() |
| źródło: filmweb.pl |
John Goodman w roli Freda Flintstone’a jest właściwie obsadowym strzałem w dziesiątkę – krzepki, głośny, z sercem na dłoni i zamiłowaniem do „Yabba-Dabba-Doo!”. Towarzyszy mu Rick Moranis jako Barney Rubble, wnoszący do duetu sporo sympatycznej, nieco niezdarnej energii. W tle rozgrywa się klasyczna historia o przyjaźni, rodzinie i... korporacyjnych intrygach. Bo tak, nawet w epoce kamienia są już biurowe knowania, złośliwi szefowie i kredyty do spłacenia.
Największą siłą filmu jest jego estetyka – twórcy doskonale oddali kreskówkowy klimat oryginału: domy z kamienia, dinozaury jako sprzęty AGD, samochody napędzane nogami – to wszystko działa i bawi. Efekty praktyczne, choć dziś momentami trącą myszką, wciąż mają swój urok, a filmowy Bedrock jest barwny, dziwaczny i pełen detali, które fani serialu z łatwością rozpoznają.
![]() |
| źródło: wikifandom.com |
Co nie do końca się udało? Humor momentami jest zbyt toporny, a fabuła – choć prosta – miejscami się dłuży. Film balansuje między kinem familijnym a satyrą na kapitalizm, ale nie zawsze trafia w ton. Dorośli mogą poczuć lekki niedosyt, dzieci – lekkie zagubienie, ale nostalgia robi tu swoje.
,,Flintstonowie" to film, który najlepiej smakuje jako hołd dla kultowego serialu – zabawny, kolorowy i nieco naiwny. Nie jest to dzieło wiekopomne, ale zapewnia godzinkę z hakiem prehistorycznej rozrywki w stylu „vintage”.
~ Magda


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz