środa, 28 maja 2025

Miłość wśród milionów, czyli „Bajecznie bogaci Azjaci” z przepychem i sercem

 „Bajecznie bogaci Azjaci” (Crazy Rich Asians, reż. Jon M. Chu, 2018) to film, który z pozoru wygląda jak typowa komedia romantyczna, ale pod błyszczącą powierzchnią kryje coś więcej. To opowieść o miłości, klasowych różnicach, tożsamości kulturowej i presji rodzinnych oczekiwań, osadzona w realiach singapurskiej elity, gdzie złoto to właściwie kolor neutralny, a skromność jest podejrzana.

źródło: filmweb.pl

Fabuła skupia się na Rachel Chu (Constance Wu), amerykańskiej profesor ekonomii, która towarzyszy swojemu chłopakowi Nickowi Youngowi (Henry Golding) w podróży do Singapuru na ślub jego najlepszego przyjaciela. Szybko okazuje się, że Nick pochodzi z jednej z najbogatszych rodzin w Azji, a Rachel zostaje wrzucona w świat niewyobrażalnego luksusu i ostrej rywalizacji o miejsce przy stole Youngów.

Film zachwyca wizualnie: od spektakularnych lokalizacji i oszałamiających kostiumów po ślubne sceny rodem z bajki. Ale za tym estetycznym przepychem kryje się także zaskakująco szczera i emocjonalna historia. Konflikt między tradycją a indywidualizmem, a także między Wschodem a Zachodem, jest tu przedstawiony z empatią i wyczuciem.

Największą siłą filmu jest obsada – w pełni azjatycka, co samo w sobie było przełomem w hollywoodzkim kinie głównego nurtu. Michelle Yeoh jako dominująca matka Nicka wprowadza do filmu powagę i autentyczne napięcie, a Awkwafina w roli przyjaciółki Rachel dodaje lekkości i komediowego pazura.

źródło: filmweb.pl

Choć niektóre tropy są przewidywalne (wszak to romkom), „Bajecznie bogaci Azjaci” oferują świeżą perspektywę i rzadko spotykaną reprezentację azjatyckiej kultury, która nie jest przefiltrowana przez zachodnią egzotyzację.

To film, który jednocześnie bawi, wzrusza i daje do myślenia. Idealny na wieczór z lampką wina – i odrobiną refleksji nad tym, czym jest „bogactwo”.

Skoro film zabiera nas do świata singapurskich rezydencji, złotych sukni i wesel na poziomie królewskim, warto postawić na drink, który łączy wyrafinowanie Zachodu z subtelną słodyczą Wschodu, czyli Lychee Martini.

~Magda

poniedziałek, 26 maja 2025

Misja nie taka niemożliwa

Mission: Impossible – The Final Reckoning wreszcie w kinach. Ostatnio Magda dzieliła się z Wami wrażeniami z seansu 1 części, dzisiaj ją podsumuje Wam całą serię, a może jeszcze nie taką całą?

źródło: filmweb.pl

W porównaniu do Magdy ja każdą część widziałem w całości i to kilkukrotnie. Wiadomo 1 część jest świetna, wprowadza nas w ten świat genialnie i tak naprawdę dzięki niej zawdzięczamy wszystko co dostaliśmy potem. Jak do 2 i 3 części można mieć jeszcze zastrzeżenie to od 4 zaczynamy kino przez duże K.

Wracając jednak do najnowszej części Ethan Hunt którego gra niezastąpiony Tom Cruise przekracza kolejne granice wyobraźni. Przetrwanie w głębinach oceanu pod pokrywą lodową wyskakując z łodzi podwodnej? Pikuś. Przeskoczenie z samolotu do samolotu w trakcie lotu?? Błahostka. Ocalenie świata poraz enty??? A tu podtrzymam Was w niepewności.

źródło: filmweb.pl

Oceniając już sam film dużo się dzieję, na moje trochę za dużo. Fajnie poupychane nawiązania do poprzednich części. Bardzo dobrze pozamykana większość wątków. Jeden spory minus to zakończenie jak i cały wątek Gabriela, który nie wpasowuje się w klimaty całej serii.

Z czystym sercem mogę polecić zakończenie jak i całą serię, tylko aż żal, że to już koniec kiedy wreszcie Akademia Filmowa ogłosiła wprowadzenie kategorii dla najlepszego kaskadera w najbliższych latach. No chyba, że pojawi się kolejne zagrożenie dla całej planety, które tylko Ethan Hunt będzie w stanie powstrzymać, w kosmosie jeszcze nie był.

~Szymon

sobota, 24 maja 2025

Ohana powraca na wielki ekran – czyli dlaczego warto wrócić do animowanego ,,Lilo i Stitch"

 Wraz z premierą wyczekiwanej wersji live action klasyka Disneya, do kin powróciła fala nostalgii. „Lilo i Stitch” (2002), animacja w reżyserii Chrisa Sandersa i Deana DeBlois, po ponad dwóch dekadach znów przypomina nam, dlaczego ta historia zajmuje wyjątkowe miejsce w sercach widzów na całym świecie. Zanim jednak ocenimy nową odsłonę, warto wrócić do tego, co sprawiło, że oryginał stał się legendą.

źródło: filmweb.pl

Na pierwszy rzut oka „Lilo i Stitch” to klasyczna bajka o spotkaniu dwóch światów – małej, samotnej dziewczynki z Hawajów i zbiegłego z laboratorium, niebieskiego stworka z kosmosu. Ale pod powierzchnią zabawnych scen i barwnej animacji kryje się opowieść o samotności, inności, traumie i – przede wszystkim – rodzinie. Słynne "Ohana znaczy rodzina. A rodzina znaczy, że nikt nie zostaje porzucony ani zapomniany" to nie tylko chwytliwe hasło, ale kwintesencja filmu.

źródło: filmweb.pl

Lilo to bohaterka inna niż wszystkie disneyowskie księżniczki – ekscentryczna, emocjonalna, niepasująca do rówieśników. Jej siostra Nani to młoda kobieta zmuszona z dnia na dzień stać się rodzicem. Ich relacja jest surowa, prawdziwa i poruszająca. Stitch – pierwotnie stworzony jako maszyna zniszczenia – przechodzi przemianę nie dlatego, że ktoś go naprawia, ale dlatego, że doświadcza miłości i zrozumienia.

źródło: filmweb.pl

Animacja zachwyca ręcznie rysowanymi krajobrazami, które oddają ciepło i urok hawajskiej scenerii, a także ścieżką dźwiękową pełną przebojów Elvisa Presleya, która idealnie wpasowuje się w klimat filmu. „Lilo i Stitch” unika schematów wielu bajek – zamiast klasycznego "dobro kontra zło", dostajemy opowieść o akceptacji i drugiej szansie.

Choć wersja live action budzi ciekawość i sentyment, to właśnie oryginalna animacja pozostaje sercem całej historii. „Lilo i Stitch” to film, który udowadnia, że bajki mogą mówić o trudnych sprawach w sposób lekki, mądry i pełen czułości. Jeśli jeszcze nie znasz tej opowieści – czas to nadrobić. A jeśli znasz – wróć i daj się porwać raz jeszcze. Bo Ohana… to coś, co zostaje z nami na zawsze.

~Magda 

Zwiastun oryginalnej produkcji: 


 Zwiastun filmu live action:



 

poniedziałek, 19 maja 2025

Baba Jaga powraca w damskiej wersji?

Zbliżająca się premiera filmu Balerina skłoniła mnie do przypomnienia sobie Johna Wicka 4 czyli kolejnej części jednej z najlepszych serii akcji w historii.

źródło: filmweb.pl

Nie ma co ukrywać fabularnie czy scenariuszowo nie są to arcydzieła, ale efekty wizualne i wszystkie sceny robią robotę. Jak John Wick wpada w wir akcji to nie potrafi z niego wyjść przez pół filmu.

W przypadku 4 części mamy do czynienia dosłownie z około 45 minutową podróżą przez Paryż która jest nieustanną walką o życie tytułowego bohatera. 

źródło: filmweb.pl

Jak fanem Paryża nie jestem to finałowy pojedynek spowodował, że odwiedzenie Bazyliki Sacré-Cœur o świcie stał się jednym z moich głównych celów podróżniczych.

Już za kilka tygodni powrócimy do świata Johna Wicka, ale tym razem tylko z gościnnym udziałem Keanu Reevesa. W roli głównej zobaczymy Ana'e de Armas, która, szok i niedowierzanie, będzie dużo walczyła. Ja jaram się niesamowicie i nie mogę się doczekać aby powrócić do tego uniwersum.

~Szymon

piątek, 16 maja 2025

Szpiegostwo na najwyższych obrotach


Niedawno do kin trafiła kolejna część Mission Impossible, a ja... cóż... wcześniej oprócz kilku popularnych scen, to nigdy nie widziałam żadnego filmu od A do Z. Także czas nadrobić! I dlatego przychodzę dzisiaj do was z recenzją pierwszej części tej serii, czyli Mission Impossible z 1996 roku w reżyserii Briana De Palma.

źródło: filmweb.pl

 W świecie, gdzie informacje są cenniejsze niż złoto, a zdrada może nadejść z każdej strony, Ethan Hunt (Tom Cruise) zostaje wrzucony w sam środek koszmaru – jego zespół zostaje zlikwidowany, misja kończy się fiaskiem, a on sam zostaje oskarżony o zdradę.

Wśród trupów, fałszywych tożsamości i podwójnych agentów, Ethan próbuje oczyścić swoje imię i odkryć prawdę. Pomaga mu m.in. zimna, ale intrygująca Claire (Emmanuelle Béart), techniczny geniusz Luther Stickell (Ving Rhames) i nieufny Franz Krieger (Jean Reno). Trop prowadzi do tajemniczej handlarz bronią, Max (Vanessa Redgrave), a wszystko nadzoruje bezlitosny Kittridge (Henry Czerny), który nie wierzy już nikomu.

Film to mieszanka klasycznego thrillera szpiegowskiego z nowoczesnym tempem narracji. Sceny są napięte jak struna, kamera prowadzi widza przez labirynt intryg, a słynna scena infiltracji w siedzibie CIA (Ethan wiszący na linie w ciszy) przeszła do historii kina jako ikona suspensu.

źródło: filmweb.pl

Mission: Impossible” z 1996 roku to nie tylko początek wielkiej serii, ale też osobny, pełnoprawny thriller, który zachwyca stylem, tempem i klimatem nieufności. De Palma tworzy świat, w którym nie wiadomo, komu ufać, a każda scena to potencjalna pułapka.

To więcej niż film akcji – to szpiegowska gra umysłów z kinową elegancją lat 90. i kultową obsadą. Warto wrócić – z drinkiem w ręku i uchem wyczulonym na każdy podsłuch.

A co można wypić do tego filmu? Martini z twistem cytrynowym – elegancki, klasyczny, z nutą chłodu – idealnie komponuje się z atmosferą filmu. To drink agenta – dyskretny, ale z charakterem.

~Magda 


 

poniedziałek, 12 maja 2025

Ogry mają warstwy

Kiedy ma się słabszy dzień lub po prostu nie ma się humoru nie ma nic lepszego niż odpalenie wieczorem animacji, którą oglądało się milion razy, ale cieszy zawsze tak samo. Przykładem takiej serii jest Shrek choć cytat wskazywałby na 1 część, ja dzisiaj powrócę wspomnieniami do 2.

źródło: filmweb.pl

Shrek 2 w kinach pojawił się w 2004 roku. Po sukcesie 1 części zagłębiamy się jeszcze bardziej w świat animacji i trafiamy do Zasiedmniogórogrodu w którym trafiamy na masę nawiązać animacyjnych jak i popkulturowych, w końcu sam napis na zboczu jest charakteryzowany na ikoniczny napis Hollywood.

Treści nie będę jakoś przesadnie opisywał bo wierzę, że każdy zna ją na pamięć, ale nie sposób nie wspomnieć, że to w tym filmie poraz pierwszy na ekranie dostajemy jedną z najbardziej ikonicznych postaci całej serii czyli Kota w Butach. 

źródło: filmweb.pl

Raczej zaskoczeniem nie będzie, że moja ulubiona scena może być tylko jedna czyli wjazd do zamku ekipy ratunkowej do wybitnego I need the hero w tle, które nawet w polskiej wersji brzmi wybitnie przy tej scenie.

Shrek to seria, którą uwielbia praktycznie każdy, a twórcy dbają o to aby grono odbiorców się jeszcze powiększało. Już w przyszłym roku na ekran kin pojawi się Shrek 5. Mnie osobiście teaser jak i zmieniony styl wizualny nie przekonuje, ale na pewno sprawdzę co tam twórcy ciekawego stworzyli.



~Szymon

niedziela, 11 maja 2025

Nigdy nie uciekniesz przed śmiercią

Tak jak obiecałam - poszłam do kina. I cóż to był za seans! ,,Oszukać przeznaczenie. Więzy krwi" to zdecydowanie coś, czego potrzebowałam!

źródło: filmweb.pl
   Historia tej części filmu, skupia się na ocalałej - Iris Campbell - która podczas swojej  randki dostała wizji przyszłości, jak wszyscy giną w świeżo wybudowanej restauracjo-wieży. Dziewczynie udaje się uratować wszystkim... co oczywiście nie podoba się śmierci, ale! Fabuła zamiast jak w poprzednich częściach skupić się na powstrzymywaniu śmierci przez ocalałych z wizji katastrofy, którą widzieliśmy na początku filmu idzie dalej... Bo okazuje się, że Iris udawało się unikać śmierci przez wiele lat, do czasu, kiedy jej wnuczkę nawiedzają sny o wydarzeniu, które w obecnej linii czasowej nie miało szans się wydarzyć.


źródło: filmweb.pl

I tak Stefani (w roli Kaitlyn Santa Juana) dowiaduje się, że gdyby jej babcia nie uratowała ludzie w wieży, to by się nigdy nie narodzili... dlatego śmierć czyha teraz na ich rodzinę. Przerażająca perspektywa, prawda?
Nie chcę zdradzać już za wiele z fabuły, ale widać po tym opisie, że teraz wyjątkowo to potomkowie Iris muszą się mierzyć ze śmiercią i to w takiej kolejności w jakiej się urodzili - co jest oczywiście nawiązaniem do poprzednich części cyklu.

Ba! Tych nawiązań jest tu od groma! Czy to ciężarówka z belami drewna, szkic samolotu, pociąg... jeśli jesteś fanem, to nie chce zdradzać za dużo, żeby nie popsuć zabawy z odkrywania tych smaczków. Ale drogi czytelniku musisz wiedzieć, że twórcy naprawdę się postarali! 

źródło: filmweb.pl


 Świetnie bawiłam się na tym filmie. A przerysowane sceny śmierci bawią i obrzydzają tak samo jak i w starszych częściach tej serii. Więc koncept filmu mimo lat, wciąż porywa i mimo, że widz wie jak to się zakończy... to jakaś nadzieja, zawsze z nim zostaje.

Co po tym filmie zostało ze mną? Miłe odczucia i strach co do maszyny rezonansu magnetycznego... (ta scena. Gdy zobaczyłam to urządzenie spodziewałam się co się może wydarzyć... ale i tak majestat w jaki reżyser to wszystko pokazał sprawił, że chyba zastanowię się dwa razy nim znowu wejdę do tej tuby - oczywiście żartuję ;) ) 

źródło: filmweb.pl

 Mogę zdradzić, że na film wybiorę się drugi raz - ale już w moim lokalnym kinie. Idę z mamą, bo od dzieciaka razem oglądałyśmy te filmy - takie bajeczki w sam raz dla dziecka haha.

Gdybym jednak oglądała ten film w domu, sama... to nie wybrałabym wina, ale Jacka Danielsa z Coca-colą na mocne wrażenia z dreszczykiem <3

~Magda


 

poniedziałek, 5 maja 2025

Marvel jeszcze nie umarł!!!

 Thunderbolts*, najnowszy film w kolekcji MCU, film który wlewa nadzieję w fanów, że może być lepiej.

źródło: filmweb.pl

Od lat jestem olbrzymim fanem Marvela, kto mnie zna wie, że jest to już nieodłączna część mojego życia. Tak uwielbiam to uniwersum, że w kinie muszę być nie później niż tydzień po premierze, a np. w przypadku Thunderbolts* udałem się na przedpremiere.

Co tu dużo mówić, wreszcie widać światełko w tunelu. Jest to wreszcie naprawdę dobrze napisany film, który skupia się na przedstawieniu bohaterów, a nie wrzucaniu co chwilę sentymentalnych cameo (ps. kocham Deadpool & Wolverine 😅). 

Thunderbolts to grupa stworzona z do tej pory antagonistów w MCU. Na ich czele stanął Bucky, niegdyś legendarny Winter Soldier. Film świetnie przedstawia praktycznie wszystkie postacie, ale to co jest największym atutem jest to antagonista.

źródło: filmweb.pl

Od lat twierdzę, że to co Marvelowi w ostatnich filmach wychodzi to antagonistów, zdecydowanie wyróżniają się w większości średnich produkcji, które pojawiają się ostatnimi czasy. Inaczej nie jest i tym razem. Aby nie spojlerować utrzymam się przy słowie antagonista. Świetnie podbudowana postać, z duszą i historią. Genialne, nieszablonowe moce i naprawdę dobrze napisana postać.

Trochę enigmatycznie, trochę ogólnikowo, ale wszystko to abyście sami się przekonali co się kryje w filmie (i w dwóch scenach po napisach!). Mi nie pozostaje nic innego niż nadrobić dwa zaległe seriale MCU, które z bólem muszę przyznać, że olałem przez brak czasu, ale i masę produkcji pod względem zarobków, a nie sensu uniwersum i jakości. No i oczywiście zacieram już rączki na nową Fantastyczną 4, która zapowiada się świetnie.

~Szymon

 


 

niedziela, 4 maja 2025

Nie taka siostra święta - komedia z dusza i z beatem!

Związku z majówką programy telewizyjne ścigały się co do tego, co puścić i kiedy... i tak w moje oczy rzucił się klasyk, który uwielbiam... czyli: 

„Zakonnica w przebraniu” (Sister Act, 1992) to jedna z tych komedii, które można oglądać wielokrotnie – i wciąż śmiać się w tych samych momentach. Whoopi Goldberg jako Deloris Van Cartier kradnie show, wcielając się w ekstrawagancką piosenkarkę, która ukrywając się przed gangsterami, trafia do klasztoru. Brzmi jak przepis na klęskę? A jednak – to idealna mieszanka absurdu, serca i… muzyki gospel, która porwie nawet najbardziej zatwardziałych sceptyków.

źródło: filmweb.pl
Film opowiada o transformacji – i nie chodzi tylko o zmianę garderoby Deloris. Jej obecność rozrusza zakonną wspólnotę, a chór, który dotąd raczej zniechęcał wiernych, staje się hitem w lokalnej społeczności. Historia balansuje między humorem sytuacyjnym a ciepłem relacji, które rozwijają się mimo różnic i pierwszych uprzedzeń.

Warto też wspomnieć o drugiej części – „Zakonnica w przebraniu 2: W powrocie do habitu”, która pojawiła się rok później. Tym razem siostra Mary Clarence próbuje ujarzmić grupę zbuntowanych uczniów w katolickiej szkole. Choć sequel nie powtórzył pełnego sukcesu oryginału, to nadal dostarcza dobrej rozrywki i kilka niezapomnianych muzycznych momentów. 

 
źródło: filmweb.pl
 Whoopi Goldberg ponownie błyszczy, a nowa lokalizacja – katolicka szkoła z grupą niesfornych uczniów – daje przestrzeń na świeże pomysły i nowe relacje. Szczególnie zapadają w pamięć sceny chóralnych prób i finałowy występ, który pokazuje siłę pasji i wspólnoty. To lekka, pozytywna kontynuacja, która dobrze sprawdza się jako feel-good seans – zwłaszcza w duecie z pierwszą częścią i obie można było obejrzeć w telewizji (oraz na platformach streamingowych).
źródło: filmweb.pl

 A co pasuje do wieczoru z takim filmem? Musujące rosé – lekkie, radosne i z charakterem. Idealne, by celebrować to połączenie humoru, muzyki i niespodziewanej duchowości.

~Magda


 

221B Baker Street

Sherlock Holmes to jedna z moich ulubionych postaci w historii. Jako, że skupiam się tutaj na filmach to nie opiszę tutaj mojego ukochanego...